Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Z linii frontu - O gospodarce okiem przedsiębiorcy Z linii frontu - O gospodarce okiem przedsiębiorcy Z linii frontu - O gospodarce okiem przedsiębiorcy

11.05.2016
środa

Chcieliśmy dobrze, wyszło jak zwykle

11 maja 2016, środa,

O JPK pisałem już kilka razy. Co do zasady to niezły pomysł, który może pomóc w ściganiu oszustów podatkowych. Projekt toczy się już przynajmniej od 2 lat, zaś jego wdrożenie w dużych firmach ma zacząć się od 1 lipca. Tylko u nas jak zwykle dobre chęci i nie najgorsze pomysły zabijane są fatalnym wykonaniem.

Od 1 lipca duże firmy mają obowiązek przekazywania danych na potrzeby kontroli w formie elektronicznej. Oczywiście by to było możliwe, konieczne jest dostosowanie systemów informatycznych – i bynajmniej nie muszą to być czynności proste. Największy problem w tym, że dziś pozostało do 1 lipca ledwie półtora miesiąca, a szczegóły tego, jak mają te pliki funkcjonować, nie są znane. Wdrożenie projektu informatycznego w tej skali w tak krótkim czasie jest fizycznie niemożliwe. Ale cóż to obchodzi rząd? Urząd Skarbowy przyjdzie i będzie wymagał.

Ale okazuje się, że to nie koniec fatalnych wieści. Wydawało się, ze ustawodawca zadbał o MŚP i obciążył ich obowiązkami sprawozdawczymi od 1 lipca 2018 – do tego czasu MŚP mogą odmówić przekazania plików. W sumie, wydawałoby się, słuszna koncepcja – najpierw przetestować na niewielkiej grupie dużych firm, a potem dopiero, kiedy system się dotrze, objąć obowiązkiem firmy mniejsze.

Tyle że w tym pomyśle jest haczyk. Owszem, mniejsze firmy mogą do lipca 2018 odmówić przekazania pliku. Ale już w lipcu 2018 r. Urząd może zażądać pliku za lipiec 2016! Innymi słowy de facto mniejsze firmy też muszą być przygotowane do projektu od 1 lipca. Inaczej będzie je najprawdopodobniej czekało „przeklepywanie” danych wstecz, bo baza danych nieprzygotowana pod JPK nie będzie w stanie wygenerować. Pytanie, ile mniejszych firm o tym wie…?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Wygląda to na poważną sprawę. Proszę o wskazanie podstawy prawnej do tej interpretacji.

  2. Raz jeszcze – nie za bardzo rozumiem o co ten cały krzyk. Przecież jeśli ktoś nie daje sobie rady ze sprawozdawczością finansową, to znaczy, że nie nadaje się taka osoba na przedsiębiorcę. Poza tym, to słyszał może Pan Gospodarz o tzw. outsourcingu, któremu można przecież powierzyć prowadzenie owej sprawozdawczości. Są przecież od dawna w Polsce liczne małe, często jednoosobowe, firmy prowadzone przez panie księgowe, które chętnie się taką sprawozdawczością dla małych firm zajmą, a większe firmy mają przecież swoich własnych księgowych.
    Tak więc raz jeszcze – nie rozumiem o co tu Panu chodzi. Może o zwolnienie przedsiębiorców, a przynajmniej właścicieli MŚP od podatku? Bowiem ja tak zrozumiałem ten pański wpis. 🙁

  3. Coś dla Pana Gospodarza:
    PRL miał kłopoty gospodarcze, gdyż większość produkcji szła w nim na potrzeby wojska. Przypominam, że pomimo iż PRL miał mniej niż połowę ludności Niemiec i znacznie mniejszy PKB niż Niemcy, to Polska miała praktycznie tak samo silną armię, lotnictwo a nawet i niemalże tak samo silną flotę wojenną co Niemcy. Niestety, ale po roku 1989 zaprzepaszczono szansę przestawienia polskiego przemysłu na cele cywilne, ale to jest osobny temat. Polecam więc Panu Gospodarzowi rozmowę Pawła Dybicza z profesorem Andrzej Karpińskim w najnowszym numerze „Przeglądu”. Ma ona tytuł „Stracone szanse” a mowa jest w niej o tym, że gdyby Balcerowicz nie zniszczył polskiego przemysłu, to bezrobocie było by i nas mniejsze o ponad milion a PKB znacznie większy i to o miliardy dolarów czy też euro. Pisałem o tym zresztą wcześniej na The University of Melbourne, ale nikogo taka krytyka tzw. transformacji w Polsce wówczas nie interesowała. Profesor Karpiński uważa zaś, że Polska pozbywała się zakładów produkcyjnych w przekonaniu – dominującym wówczas na świecie – że przemysł jest na etapie schyłkowym, że sektor usług będzie go wypierał i jego rola w gospodarce światowej zmniejszy się do skali podobnej do rolnictwa. Na to przeświadczenie nakładał się u nas także ważny aspekt polityczny – walka z dużymi zakładami była próbą zapobieżenia aktywności środowisk, które miały ukształtowane więzi społeczne i mogły być przeciwnikiem prywatyzacji, co ostatnie zresztą miało miejsce – przecież prywatyzacji sprzeciwiało się wiele załóg pracowniczych i kierownictw zakładów. Do tych dwóch przyczyn doszła też chęć szybkiego dorobienia się pewnych grup, w tym dozoru technicznego i średniego personelu.
    Prof. Karpiński zauważa też, że wszystkie kryzysy są wrogie sektorowi usług, a przyjazne sektorom wytwarzającym dobra materialne iże zmiana nastawienia do przemysłu po roku 2008 miała dwóch ojców: z jednej strony kryzys i zmniejszenie roli sektora usługowego, z drugiej kolejną, trzecią już rewolucję przemysłową, wywołaną rewolucją w przemysłach informacyjnych i internetem. Prof. Karpiński rozprawia się też z mitami na temat deindustrializacji Polski – mitami, mocno utrwalonymi w świadomości społecznej i, niestety, także w publicystyce pod wpływem kłamliwej propagandy. I tak:
    – Mit pierwszy: tak szeroko zakrojona likwidacja zakładów przemysłowych po 1989 r. była efektem ich błędnego zaprogramowania w Polsce Ludowej, nietrafnego wyboru dokonanego przez decydentów pod kątem przemysłu ciężkiego. Owszem, można wskazać jednostkowe przykłady, ale zawarta w książce prof. Karpińskiego analiza pokazuje, że jest to absolutna nieprawda. Z istniejących w roku 1988 aż 6,2 tys. zakładów zatrudniających ponad 100 osób zlikwidowano z nich aż 1675, w tym tylko 681 zakładów zbudowanych w PRL, a aż 994 istniejące przed 1949 r., a więc powstałe w gospodarce rynkowej, na które PRL nie miała przecież żadnego wpływu. Zlikwidowano zatem o wiele więcej zakładów starych, istniejących przed 1949 r., niż zbudowanych później.
    – Mit drugi: likwidacja tak wielu zakładów była uzasadniona, bo przemysł ciężki został nadmiernie rozbudowany. Prof. Karpiński zgadza się tu z tezą o jego nadmiernej rozbudowie, ale uważa, że było to efektem częściowego zamknięcia naszej gospodarki, jej odcięcia od rynku światowego przez Zachód. W związku z tym musieliśmy tworzyć pewne gałęzie przemysłu, które w warunkach rynku otwartego nie były by nam potrzebne, np. przemysł aluminiowy. Koszt importowanego produktu aluminiowego był przecież niższy od wytwarzanego w kraju. Ale co pokazały badania prof. Karpińskiego? Że tylko 53% likwidowanych zakładów wywodzi się z przemysłu ciężkiego, a resztę – 47% – stanowi przemysł konsumpcyjny. Likwidowano więc nie tylko przemysł ciężki, a praktycznie unicestwiono cały przemysł lekki, w znacznie większym stopniu niż w Europie Zachodniej, gdzie do dziś przemysł gotowych tekstyliów jest kierunkiem specjalizacji w Belgii czy w Portugalii.
    – Mit trzeci – spadek zatrudnienia był koniecznością wobec wzrostu wydajności pracy, uprzednio katastrofalnie niskiej. To znów jest w dużym stopniu nieprawda. Tylko jedną czwartą spadku zatrudnienia można tym uzasadnić. Decydującą przyczyną była utrata 1,7 mln miejsc pracy spowodowana właśnie likwidacją zakładów.
    Oto link do cytowanego artykułu: http://www.tygodnikprzeglad.pl/stracone-szanse/
    Pozdrawiam

  4. I jeszcze:
    Twierdzi Pan, Panie Doktorze, że nierówności dochodowe w Polsce się zmniejszyły, ale faktem jest, że najbogatsza warstwa społeczeństwa kumuluje obecnie ponad 40% dochodów. Taka sytuacja grozi zaś wybuchem niezadowolenia społecznego, które może zdestabilizować Polskę, a za nią także i sporą część Unii. Należy także dodać, że różnice majątkowe zwiększają się u nas bardzo szybko – różnica między kimś kto wydaje wszystko na bieżąco, kimś kto może oszczędzić co miesiąc 500 zł oraz kimś kto oszczędza 10000 zł miesięcznie pogłębia się z miesiąca na miesiąc i grozi rewolucją, a więc w perspektywie destabilizacją. Więcej tu:
    http://wyborcza.biz/biznes/1,147666,20154497,portfel-przedsiebiorcy-najzasobniejszy.html#ixzz4ADFTQiQ5

css.php