Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Z linii frontu - O gospodarce okiem przedsiębiorcy Z linii frontu - O gospodarce okiem przedsiębiorcy Z linii frontu - O gospodarce okiem przedsiębiorcy

31.03.2016
czwartek

Dwa uderzenia

31 marca 2016, czwartek,

Premier Morawiecki zapowiada dwa duże uderzenia antybiurokratyczne w tym roku. Cokolwiek to znaczy.

Tego typu obietnice pojawiają się często i równie często okazują się wydmuszkami. Czasami takie „uderzenia antybiurokratyczne” przynoszą więcej biurokracji. Tak jak „Ustawa o redukcji niektórych obciążeń administracyjnych w gospodarce”, która wymogła na firmach prowadzenie koszmarnych rejestrów. Zresztą do dziś nie bardzo wiadomo, jak (na szczęście przepisy przestały obowiązywać od początku tego roku). Oczywiście na tym etapie szczegółów pomysłów nie poznamy, ale premier kilka zdradził.

Uproszczenia mają dotyczyć „płatności, płynności, sądownictwa, należności, rejestrowania i wyrejestrowania firmy”. Co z tego możemy wywnioskować? Niewiele. Co oznaczają uproszczenia w zakresie należności, płynności i zobowiązań, trudno się domyślić (zachęcam do obstawiania w komentarzu). Może chodzić o przyspieszenie ścieżki odzyskiwania należności (to by pokrywało należności i płynność – ale co z zobowiązaniami?). W kwestii sądownictwa też dość trudno się domyślić, o co chodzi – znowu przyspieszenie postępowań? Wygląda na to, że cztery określenia oznaczają to samo – ale oczywiście mogę się mylić. No i pozostaje jeszcze pytanie – jak?

Najbardziej zaś bawi mnie zawsze stawianie nacisku na szybkość zarejestrowania/wyrejestrowania firmy. To czynności jednorazowe – i oczywiście lepiej, żeby były łatwiejsze – ale z punktu widzenia przedsiębiorców to niuans. Sam swoją firmę zakładałem jeszcze przed nastaniem jednego okienka i bez większego wysiłku dałem radę to zrobić w trzy dni. Nawet skrócenie tego czasu do godziny w perspektywie prowadzenia firmy od 8 lat nie byłoby zauważalne.

Natomiast ani słowa o zawiłym prawie podatkowym, vacatio legis, ograniczaniu momentów wejścia w życie nowego prawa czy choćby nowych deklaracji podatkowych – czyli o rzeczach uprzykrzających przedsiębiorcom życie co miesiąc, a nie raz. Szkoda.

Za to ma być zmiana prawa zamówień publicznych. Główną kwestią, o której można było usłyszeć, było to, że więcej przetargów powinny wygrywać firmy polskie. Tu wypowiem się jako podatnik i obywatel: wolałbym, by przetargi wygrywały firmy dobre, bo za tę infrastrukturę muszę zapłacić, a potem będę z niej korzystał. Marne pocieszenie na dziurawej drodze z tego, że robił ją Polak. Nie wspominając już o tym, że wygrywanie przetargów akurat dla polskich firm skończyło się kiepsko (zresztą nie tylko dla polskich firm). Dlatego wolałbym, by w tych kwestiach nie kierować się kwestiami narodowościowymi, tylko jakościowymi.

A teraz czekamy na konkrety. Pierwsze uderzenie ma nastąpić już przed wakacjami. Liczę na dobre pomysły i istotne zmiany – te są od dawna bardzo potrzebne. Może teraz się uda. Oby nie skończyło się na uderzeniu gorąca.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. Uderzenia? Na razie władza uderzyła PiS-owi do głowy.

  2. W kwestii skrócenia czasu rejestracji firmy to dla pojedynczego przedsiebiorcy 3 dni a jedna godzina to nie jest duża różnica ale z punktu widzenia całej gospodarki, gdzie rejstracji, wyrejestrowania, zawieszenia, odwieszenia codziennie wykonuje się tysiące to już spora różnica. Poza tym jeszcze 10 lat temu rejestracja firmy trwała miesiąc co znam z własnego doświadczenia.
    Co do pomysłow Morawieckiego to jestem ciekaw co on chce jeszcze upraszczać w zakładaniu firmy? Skoro juz dzisiaj trwa to tylko tyle co wypełnienie formularza. Przejdziemy na telepatie?

  3. Panie Doktorze,
    Aby zredukować tę olbrzymią i wciąż rosnącą „masę” biurokracji, to Polska musi przede wszystkim wystąpić z UE, jako że członkostwo w tejże Unii nakłada na nas Polaków obowiązek marnowania czasu i pieniędzy na dostosowywanie się do najczęściej przecież bzdurnych, nielogicznych i bezsensowych unijnych norm i zaleceń, co z kolei oznacza przecież górę kolejnych a zbędnych dokumentów do wypełnienia.
    Poza tym, to jak to już pisałem, Polska traci co roku około 60 mld złotych z powodu bycia członkiem Unii Europejskiej. Oto moje wyliczenie: w latach 2007-2013 Polska otrzymała z UE ok. 91 mld euro dotacji, czyli około 364 mld zł, a więc około 60 mld zł (ok. 14 mld euro) rocznie, ale od tego trzeba odjąć:
    – składkę unijną w wysokości 22 mld euro (88 mld zł), czyli około 15 mld zł na rok;
    – koszty dodatkowej unijnej biurokracji w wysokości około 1 mld euro (4 mld zł) na rok oraz przede wszystkim
    – transfer zysków z Polski, który szacuje się na 97-104 mld zł rocznie.
    Tak więc bilans roczny członkostwa Polski w UE wynosi:
    I. PRZYCHODY: 60 mld zł na rok.
    II. ROZCHODY: 119 mld zł na rok:
    – składka unijna: 15 mld zł na rok.
    – koszta uzyskania przychodu z Unii: 4 mld zł na rok.
    – transfer zysków z Polski za granicę: 100 mld zł na rok.
    SALDO: 60 – (15+4+100) = 60 – 119 = -59 mld zł na rok.
    Opieram się tu na ogólnie dostępnych statystykach Eurostatu (Europejskiego Urzędu Statystycznego), Banku Światowego (World Bank) i MFW czyli Międzynarodowego Funduszu Monetarnego (International Monetary Fund – IMF).
    Ponieważ w Polsce jest obecnie nie więcej niż 36 mln ludności, to członkostwo w Unii Europejskiej kosztuje przeciętnego Polaka około 1639 zł rocznie, czyli mniej więcej medianę jego miesięcznego wynagrodzenia i to bardziej brutto niż netto. Gdyby więc Polska wystąpiła z Unii, zostając przy tym, jak n.p. Szwajcaria czy Norwegia w Europejskim Obszarze Gospodarczym (EEA) i Strefie Szengen, to Polacy dalej mieli by swobodę podróżowania po Europie i możliwość łatwego podjęcia pracy na zachodzie Europy, a w polskim skarbie państwa znalazło by się dość pieniędzy, aby nie tylko wypłacać te 500 zł miesięcznie na każde dziecko, ale też i porządne emerytury.
    Z kolei w opracowaniu p.t. „Wspólnie zbudujemy naszą zamożność” autorstwa Fundacji „Pomyśl o Przyszłości” (Nowy Sącz 2015) – polecanego przez (m. in.) profesorów SGH, SGGW i AGH oraz przez Romana Kluskę, Polska straciła w latach 2004-2013 z powodu członkostwa w UE około 1102 mld euro – głównie z powodu strat wynikłych z ogromnej, wielomilionowej emigracji Polaków począwszy szczególnie od roku 2004, czyli od momentu wstąpienia Polski do UE. Jest to oczywiście znacznie więcej niż straty, które ja wyliczyłem dla tego okresu na podstawie głównie transferu zysków z Polski, czyli około 140 mld euro (14 mld euro/rok * 10 lat).
    Wniosek jest więc banalnie wręcz prosty – aby uratować Polskę przed zapaścią gospodarczą, a co za tym idzie także i społeczna oraz kulturalną i militarną, należy jak najszybciej wycofać się z UE, zachowując jednakże członkostwo w w Europejskim Obszarze Gospodarczym (EEA – European Economic Area) i Strefie Szengen (jeśli ona przetrwa obecne zawirowania), aby Polacy dalej mieli by swobodę podróżowania po Europie i możliwość łatwego podjęcia pracy na zachodzie Europy, ale podkreślam tu możliwość, a nie jak dziś de facto przymus wynikający z braku w Polsce pracy i nędznej za nią zapłaty.
    Pozdrawiam
    LK

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. „Dlatego wolałbym, by w tych kwestiach nie kierować się kwestiami narodowościowymi, tylko jakościowymi.”
    Kilka milionów mieszkańców Polski zgodziło się z @Gospodarzem i kierując się kwestiami jakościowymi wyemigrowało do jakościowo lepszych krajów.
    Mam nadzieję, że nadal korzystają oni z produktów firmy @Gospodarza, dając tym samym utrzymanie Jemu i Jego rodzinie.

  6. … i obyśmy od tych uderzeń nie wylądowali na deskach już w pierwszej rundzie;)
    Tezy typu ‚więcej przetargów powinny wygrywać firmy polskie’ zalatują natomiast tanim populizmem zmiksowanym z żenującą nieznajomością realiów – trudno orzec, co gorsze. Wystarczającym powodem do irytacji jest fakt, że głównym komponentem oceny przetargowej wciąż pozostaje… cena (70-80% ogólnej oceny). Jak to się ma potem do jakości, widać na załączonych obrazkach. Jeśli ktoś jeszcze dowcipnie dołoży do tego kryterium pochodzenia oferentów, to wypadałoby zagadnąć ministra Gowina czy i na studiach powrócą słynne punkty za pochodzenie…

  7. Trudno powiedzieć, co wyskoczy z kapelusza Morawieckiego, bo jest z jednej strony chyba racjonalnie myślącym „bangsterem” i z drugiej strony zacietrzewionym polskim prawicowcem jak ojciec. Wstąpił do PiS i udziela akredytację na Państwowość przez co stracił u mnie wszelkie zaufanie, ale to nie przesądza, że coś wyjdzie z jego pomysłów.
    Nie ma wyłącznie czarnego i białego, bo w realu dominuje szarość!

  8. Zza kałuży
    Dlaczego potępiasz emigrację? Przecież sam jesteś emigrantem ekonomicznym z powodów politycznych (tak jak ja nim byłem do niedawna), a w tym „twoim” USA to przecież od wielu lat istnieje ogromna emigracja wewnętrzna i to na ogół z biedniejszych stanów do bogatszych (w przeciwnym kierunku też, ale to są na ogół emeryci, a więc osoby z definicji nieprodukcyjne).

  9. Squirrel-lka
    Owe punkty za pochodzenie nie były wcale takie głupie, jak ty to twierdzisz, jako że wyrównywały one szanse i pozwalały dostać się na studia wyższe zdolnym potomkom robotników i chłopów. Przypominam ci, że aby dostać się na studia wyższe, to w PRL-u trzeba było zdać, bardzo wówczas trudny, egzamin wstępny, a więc owe punkty pomagały tylko tym, którzy ów egzamin zdali. Oczywiście – ten system nie był idealny, jako że premiował on głównie dzieci robotników z miast akademickich, którzy uczęszczali do, z reguły lepszych, szkół średnich niż uczniowie pochodzący z małych miast czy wsi (poza miejscowościami leżącymi w pobliżu większych ośrodków akademickich). Na przykład w technikum, do którego uczęszczałem w Warszawie, chemii uczył mnie adiunkt z UW, rosyjskiego uczyli mnie lektorzy z SGPiSu a niektóre przedmioty zawodowe nauczane były przez asystentów z PW albo pracowników naukowych, jakże wówczas licznych w Warszawie, instytutów naukowych afiliowanych przy zjednoczeniach przemysłowych (n.p. naukowcy z Przemysłowego Instytutu Elektroniki). Nic dziwnego więc, że większość moich kolegów z klasy ukończyła studia wyższe, a w tym mniej więcej połowa z tych, która je ukończyła, ukończyła je na studiach dziennych, głównie na PW, ale także i na takich uczelniach jak n.p. WAT, SGPiS a nawet i UW. I co w tym widzisz złego?

  10. bsssss
    Nie ma większego znaczenia ile trwa rejestracja firmy (a nawet wręcz przeciwnie: utrudnienia w rejestracji firmy eliminują już na początku nieudolnych przedsiębiorców, którzy przecież i tak sobie nie poradzą na rynku), a tylko to, czy ta nowa firma przyniesie zysk. Za tej „wstrętnej” komuny trudno było założyć prywatną firmę i (podobno) prywatnych przedsiębiorców nękały wtedy (tak jak dziś) organa podatkowe i kontrolne, ale jeśli ktoś miał wtedy takową prywatną firmę, to żył jak ten przysłowiowy pączek w maśle, jako że wtedy był po prostu popyt, którego dziś nie ma, jako że w w tym „wstrętnym” PRLu nie było bezrobocia ani tez śmieciowych umów o pracę, a więc ludzie mieli wtedy pieniądze. Wniosek jest więc prosty: przedsiębiorcy nie potrzebują ułatwień w zakresie rejestrowania firmy ani nawet zniżek podatkowych, a przede wszystkim potrzebują oni popytu, jako że bez popytu na ich wyroby (produkty bądź też usługi), to każda firma, nawet najlepiej zarządzana, szybko upadnie. Tak więc w interesie przedsiębiorców leżą nie niskie płace i wysokie bezrobocie (o co walczy w ich imieniu m. in. Gospodarz tego blogu czy też, teoretycznie pro-biznesowe, partie takie jak PO czy Nowoczesna), a wręcz przeciwnie: niskie bezrobocie i wysokie płace, jako że wtedy i tylko wtedy istnieje popyt na to, co owe prywatne firmy wytwarzają, a więc wtedy i tylko wtedy przynoszą one zyski. Ale ja o tym piszę od lat i nic – wciąż mamy w Polsce niskie płace i wysokie bezrobocie, rzekomo w interesie sektora prywatnego, a więc mój głos jest ciągle tym przysłowiowym „głosem wołającego na pustyni i w puszczy”… 🙁
    P.S. Nie piszcie tylko, że popyt jest zagranicą, jako że tam też jest recesja, wysokie bezrobocie i coraz niższe realne zarobki ludzi pracy, a tam, gdzie popyt się jeszcze utrzymuje, tam z reguły konkurencja na rynku jest ogromna a bariery wejścia na rynek często nie do „przeskoczenia” dla polskich przedsiębiorców, którzy przecież potrafią, w swej ogromnej większości, konkurować tylko niskimi kosztami zatrudnianej przez nich siły roboczej.

  11. Jeżeli uderzenie antybiurokratyczne pozwoli zwiększyć straty budżetu z tytułu wyłudzeń VAT to wszyscy będą zadowoleni! (poza państwem, ale od kiedy ktoś tu kieruje się jego interesem?)

  12. mall23
    Pisałem już na tym blogu, że jednym z największych problemów trapiących od roku 1989 polską gospodarkę jest niewłaściwy system podatkowy, karzący ludzi pracy za to, że pracują (PIT nakładany na dochody z pracy) oraz konsumentów za to, że konsumują (regresywny, a więc społecznie szkodliwy i niesprawiedliwy społecznie VAT), a ze zdecydowanie zbyt niskim CIT i generalnie obłożenie podatkami dochodów z pracy i konsumpcji zamiast obłożyć wysokimi podatkami dochody z kapitału oraz wielkie, bezproduktywne majątki.
    Zwiększając regresywne, a więc z definicji społecznie niesprawiedliwe, podatki od konsumpcji, niszczy się przecież konsumpcję, a wraz z nią popyt, a wiadomo przecież wszystkim (poza politykami, przedsiębiorcami i zawodowymi ortodoksyjnymi ekonomistami), że bez popytu nie ma zysku a więc też i gospodarki.
    Powtarzam więc, że najgorsze podatki to jest po pierwsze ten regresywny, dławiący popyt VAT oraz po drugie PIT, który wręcz zniechęca do pracy. Podatkami nie powinny być bowiem objęte dochody pochodzące z własnej pracy, a tylko dochody pochodzące z pracy innych ludzi, czyli przede wszystkim zyski przedsiębiorców oraz wielkie, nieproduktywne majątki, i to z mocną progresją. Generalnie zaś, to państwo nie powinno być pasożytem żyjącym z podatków, czyli z wyzysku ludzi pracy, a powinno ono prowadzić własną działalność gospodarczą, z której finansowałoby ono swoje wydatki. W obecnej postaci państwo kojarzy się bowiem obywatelom jako poborca podatkowy, a nie organizator życia społecznego, czyli instytucja dbająca o obywateli, stworzona po to, a by jej obywatelom lepiej się żyło. Oczywiste jest jednak, że w systemie kapitalizmu rynkowego państwo skazane jest z definicji na rolę poborcy podatkowego, czyli pasożyta, a to oznacza, że takie państwo alienuje przeciwko sobie swoich własnych obywateli, a więc, wcześniej czy później, musi ono się rozpaść, jako że jest ono spostrzegane przez znaczną większość jego obywateli jako zagrożenie, a nie pomoc, jako wróg, a nie jako przyjaciel.
    Pozdrawiam

css.php