7.05.2012
poniedziałek

Państwowe fabryki

7 maja 2012, poniedziałek,

Od polityki (nie mylić z Polityką) trzymam się tutaj jak najdalej. Jednak sprowokowany chciałbym kilka słów na temat państwa i budowania fabryk. To dlaczego państwo nie powinno fabryk budować jest dość oczywiste dla każdego, kto pamięta czasy słusznie ubiegłe. Dlatego ja jednak tutaj nie o braku efektywności, przerostach zatrudnienia, marnej jakości – to wszystko znamy. Ja chciałbym napisać o fatalnych skutkach państwowych fabryk dzisiaj, a co może być lepszym przykładem niż jedna z największych państwowych fabryk (a w każdym razie pod kontrolą państwa się znajdujących) czyli PKN Orlen.

Nasz rynek jest zdominowany przez Orlen co nie ulega chyba wątpliwości. Abstrahując od możliwości przetwórczych ma on przygniatającą przewagę w zakresie sieci dystrybucji. Posiada około 1300 stacji własnych i dodatkowo ponad 600 franczyzowych. Trzech kolejnych graczy (Lotos, BP, Shell) mają po około 350 stacji każdy czyli w sumie mniej niż Orlen. Znaczące punkty dystrybucji hurtowej paliw należą również do Orlen i Lotos. Dominacja jest absolutna.

To jednak mało by wykazać szkodliwość państwowych fabryk. Może Orlen to najlepsze co nam się mogło przydarzyć? Spójrzmy zatem jak swą siłę Orlen wykorzystuje. W okresie przed jesiennymi wyborami miała miejsce niezwykła sytuacja: ceny hurtowe paliw przekraczały ceny na stacjach Orlen. Znaczy to tyle, że czasem lepiej opłacałoby się wysłać cysternę po paliwo na pobliską stację Orlen niż kupować w cenach hurtowych. Przez dłuższy czas marża na paliwie utrzymywała się na poziomie 1 grosza. Nie da się ukryć, że taki stan rzeczy był odpowiedzią na apel polityków o „wrażliwość społeczną” w zakresie cen paliw (to minister Budzanowski). Minister Sawicki zaś mówił o regulowaniu zysku firm paliwowych. Tym samym „wrażliwość społeczna” spowodowała upadek kolejnych przedsiębiorców i utratę miejsc pracy. Za to wpływ na wynik wyborów nie może być przeceniony.

Oczywiście w takich warunkach konkurencja jest niemożliwa. W tym roku szacuje się, że z rynku wypadnie 15% stacji – głównie ze względów na wymogi ekologiczne. Ale jeśli stacji nie stać na jednorazową inwestycję rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych świadczy to jednoznacznie o ich sytuacji finansowej. Jednocześnie Orlen jako zabezpieczanie kredytu kupieckiego wymaga wpisu na hipotece. Tym samym co ciekawsze lokalizacje mogą być łatwo przejmowane przez koncern jak tylko ich sytuacja finansowa pogarsza się (co PKN w przypadku franczyzobiorców może obserwować on-line posiadając wgląd we wszystkie dane sprzedażowe). Sprzyja temu ciągłe utrzymywanie marż detalicznych na bardzo niskim poziomie – w styczniu znowu wynosiły one około grosza co nie pokrywa nawet cen transportu. Tym samym koncern przesuwa zyski ze sprzedaży na wszystkich stacjach do siebie zagarniając całą marżę za sprzedaży paliw. Jest to działanie ekonomicznie logiczne, ale jednocześnie nieetyczne i prawdopodobnie nielegalne. Tym bardziej zastanawia co Orlen robi w indeksie giełdowym RESPECT, który ma grupować firmy o etycznym podejściu do biznesu.

Obrońcy państwowej własności mogą jednak powiedzieć, że monopol to monopol – nieważne państwowy czy prywatny i będzie nadużywał swej pozycji. I tu są kontrargumenty. Sytuacja z września i października spowodowała, że Polska Izba Paliw Płynnych oraz koncern BP złożyły w UOKiK skargę na działania PKN Orlen. Jednak Orlen wydaje się być odporny na działanie państwowych instytucji bo skarga po dziś dzień nie została rozpatrzona. Trudno się spodziewać, że politycy ukarzą swoje narzędzie za wykonywanie ich poleceń. Zresztą były prezes UOKiK Cezary Banasiński został członkiem Rady Nadzorczej PKN Orlen, czyżby by tym lepiej wspierać go w obchodzeniu regulacji antymonopolistycznych?

Każdy monopol jest zły, ale państwowy monopol jest gorszy, bo nawet państwowe instytucje przed nim nie chronią. UOKiK chętnie inwestuje w reklamy ostrzegające przedsiębiorców przed zmowami cenowymi (jednocześnie w uwłaczający sposób prezentując ich albo jako zastraszonych tchórzy, albo zadufanych w sobie cwaniaków), ale akcji przeciwko państwowym monopolom nie widać.

2.05.2012
środa

Generacja 2.0

2 maja 2012, środa,

Niepostrzeżenie dla polskiej przedsiębiorczości nadciąga trzęsienie ziemi. Przełom roku 1989 spowodował powstanie tysięcy firm. Większość z nich upadła co jest naturalną koleją rzeczy na całym świecie, część jednak rozwinęła się i w znacznej mierze stanowi trzon naszej przedsiębiorczej gospodarki. Jednak nienaturalna koncentracja wiekowa firm przekłada się na profil demograficzny ich właścicieli. Wtedy zwykle byli to młodzi ludzie zazwyczaj po trzydziestce, dziś prawie ćwierć wieku później zaczynają dobijać do sześćdziesiątki i myśleć o emeryturze. Konsekwencje takiego stanu rzeczy są dla naszej gospodarki niebagatelne. W przeciągu najbliższych 10 lat znaczna cześć małych, średnich i dużych firm będzie zmieniała właściciela.

Dla przedsiębiorcy najbardziej naturalne jest przekazanie firmy dzieciom. Jak wiadomo jednak dzieci nie zawsze idą w ślady rodziców tak w zakresie zainteresowań jak i zdolności. W USA 40% firm rodzinnych zostaje przekazana drugiemu pokoleniu, ale już tylko 13% ma szansę dotrwać do kolejnej zmiany pokoleniowej. Popularne amerykańskie powiedzenie mówi, że pierwsze pokolenie buduje firmę, drugie ją prowadzi, trzecie niszczy. Obawy o dziedziczny elitaryzm, przynajmniej w przypadku przedsiębiorców, nie potwierdzają się. Powody takiego stanu rzeczy są wielorakie począwszy od braku dobrego pomysłu jak dokonać takiego niebagatelnego transferu na innym stylu życia i pracy dzieci wychowanych w dobrobycie kończąc. Dzieci często po świetnych szkołach biznesu mają chęć wyprowadzić firmę na międzynarodowe wody i otrzeć się o świetlaną rzeczywistość bankietów i spotkań korporacyjnych. Porzucając tradycyjny i sprawdzony model biznesu często skazują firmy o wieloletniej tradycji na upadek. Z drugiej jednak strony niewielkiej części z nich się udaje i tworzą imperia w oparciu o małe firemki.

Statystyka działa nieuchronnie i o ile w krajach o dłuższej tradycji tego typu mechanizmy rozkładają się w czasie nas czeka duże uderzenie upadków, ale i kilku nagłych i niespodziewanych sukcesów. Co do zasady jednak możemy spodziewać się tych pierwszych znacznie więcej niż tych drugich, a co za tym idzie zwiększonego ryzyka w obrocie gospodarczym. Na tym jednak nie koniec przewidywań.

Firmy, które z różnych przyczyn nie będą przekazane dzieciom lub po takim manewrze wpadną w tarapaty zostaną w znacznej części sprzedane. Można oczekiwać znaczącej konsolidacji wielu branż oraz agresywniejszego wejścia na nasze rynki firm zagranicznych bo dużo łatwiej lokalną firmę kupić niż zbudować ją od nowa. W tym scenariuszu jednak potwornie wyraźny jest brak przygotowania naszych przedsiębiorców do brania udziału w tak trudnych i skomplikowanych procesach. Widoczne jest to już na pierwszym etapie: przedsiębiorcy w takich przypadkach najczęściej zwracają się o pomoc do księgowych lub prawników, którzy przy pewnych elementach dotyczących sprzedaży firmy są pomocni, ale nie posiadają odpowiednich kwalifikacji by przeprowadzić całość transakcji.

Zapewnienie sobie w takim przypadku fachowej pomocy jest często dla przedsiębiorcy kluczowe – bo najczęściej sprzedawana firma jest jego jedynym funduszem emerytalnym. Niestety skłonność do korzystania z fachowej pomocy w wielu innych aspektach działania firmy jest bardzo niska, a świadomość jej potrzeby w firmach dopiero się budzi. To przekłada się na rachityczny rynek usług doradczych i ich wysoką cenę lub niską jakość (lub co gorsza wysoką cenę i niską jakość.)

25.04.2012
środa

Liberał za przeproszeniem

25 kwietnia 2012, środa,

Słowo liberał stało się w Polsce słowem powszechnie uznawanym za obraźliwe. Określenie kogoś liberałem niesie za sobą szereg, zazwyczaj nietrafnych, założeń, ale przede wszystkim ocenę moralną. W dyskursie publicznym liberał to synonim osoby bez uczuć wyższych, empatii, ogarnięty chciwością i skłonny z tego powodu wykorzystywać wszystkich wokół.

Fascynujące jest jak wizerunek doktryny filozoficznej i moralnej promującej wolność i równość został zmanipulowany tak by kojarzyła się z niewolnictwem i wyzyskiem. Niewątpliwie warte jest to głębszej analizy. Niechęć do liberalizmu bierze się chyba zasadniczo z jednego powodu. Wadą liberalizmu jest to, że zakłada, że wszyscy ludzie są równi – czyli także tacy sami. Jeśli tak jest to rzeczywiście każdy odpowiada za swój los. Niestety to nie jest prawda – nasze losy już w dzieciństwie zaczynają się w inny sposób. Jedni pochodzą z rodzin bogatych, inni z biednych. Są ludzie w pełni zdrowia i niepełnosprawni. Trudno winić tych pechowych za ich wszystkie niepowodzenia – i ten właśnie punkt jest piętą achillesową liberalizmu.

Oczywiście krytycy liberalizmu dokonują na tym elemencie znacznych nadużyć. Bo jeśli ktoś urodził się nieco mniej inteligentnym niż przeciętna to nie jego wina – trzeba mu pomóc. Jeśli ktoś jest alkoholikiem to być może miał trudne dzieciństwo etc. Ciągnąc dalej tą logikę dochodzimy do punktu, w którym nikt za nic nie jest odpowiedzialny bo jego zachowania wynikają z tego, że gdzieś w przeszłości był w jakimś zakresie upośledzony. Wszyscy się zgadzają, że pewne rodzaje nierówności na starcie wymagają wsparcia, ale kto jest w stanie postawić barierę mówiącą gdzie się kończą znaczące różnice, a zaczynają te nieistotne? Bywa, że kierując się moralnym kompasem ludzie chcą wyrównać szanse wszystkich. Najczęściej dzieje się to jednak nie poprzez pomoc najsłabszym, ale przez utrudnianie życia najlepszym. Doktryna: „żaden uczeń nie pozostawiony z tyłu” w USA spowodowała, że poziom klasy wyznaczali ci najsłabsi. Siłą rzeczy poziom edukacji spadł drastycznie. To trochę tak jakby chcieć wyrównać start w życie w zakresie wzrostu. Niskich nie da się rozciągnąć trzeba więc poskracać wysokich do poziomu najniższego. Moralność jest wtedy zaspokojona, szanse wyrównane, a zdrowy rozsądek łka spazmatycznie.

Wdrożenie liberalnej doktryny rzeczywiście wymaga poprawki na ludzi, których dotknął pech. Jednak rozciąganie tej zasady na każdego doprowadza do zaniku osobistej odpowiedzialności i rozpadu tkanki społecznej. W tym kierunku idzie właśnie ciągłe tworzenie wyjątków w prawie mających chronić kolejne grupy „słabszych”. Prowadzi to w efekcie do wytwarzani grup pasożytujących na pracy innych: koronnym przykładem niech będą tu przywileje emerytalne i zawodowe. Oczywiście wszelkie próby ich likwidacji spotykają się z odporem liberalnych (czyli bez serca i wrażliwości) propozycji. Tym samym okazuje się, że jesteśmy bardzo bogatym państwem bo stać nas na bezprecedensową armię młodych emerytów i zdrowych rencistów.

Podobnie liberalne postulaty by państwo zajmowało się tym co konieczne: przede wszystkim zapewnieniem skutecznej ochrony wolności obywateli, regulacjami tam gdzie to konieczne jest odbierane jako zamach na interes narodu. Poczucie w obywatelach, że państwo ma coś „dać” lub „zapewnić” jest bardzo silne i podejście liberalne nieprzyjemnie uświadamia, że jednak dorośli ludzie są zwykle sami za siebie odpowiedzialni. Przy tym zapewne nawet zatwardziały liberał niemiałby zbyt dużo przeciw temu by państwo zajmowało się większą ilością zadań niż liberalna doktryna przewiduje – pod warunkiem, że robiłoby to dobrze. Dziś w Polsce państwo jest obarczone wielką ilością zadań, stale się zwiększającą zarówno w zakresie formalnych obowiązków jak i oczekiwań ludzi. Jednocześnie sromotnie zawodzi w podstawowych zadaniach takich jak sądownictwo czy jakość prawa. Z mojego konsultanckiego doświadczenia w takich sytuacjach zwykle obcina się tyle zadań ile tylko się da i skupia się na naprawie najważniejszych. Dopiero po uzyskaniu podstawowej sprawności można myśleć o rozszerzaniu działalności. U nas do istniejącego chaosu dorzuca się nowych elementów co skutkuje rozrostem bałaganu i biurokracji, o frustracji obywateli nie wspominając. Argument mówiący, że potrzebna nam jest telewizja publiczna bo można z niej zrobić BBC jest nietrafiony. BBC można zrobić w Wielkiej Brytanii – u nas jeszcze jakiś czas nie. Może kiedyś będzie można stworzyć publiczne medium od nowa bo monstrum, które istnieje nie spełnia żadnych pożytecznych społecznie funkcji za to słono kosztuje.

Najzabawniejsze jest jednak to, że ostatni kryzys wywołany i pogłębiony nietrafioną polityką pieniężną i mieszkaniową w USA jest przypisywany liberalizmowi właśnie, który postuluje brak interwencjonizmu państwowego. Plany pomocowe pompujące gotówkę do banków, co dało możliwość wypłacania wielkich premii to też podobno zasługa liberalizmu – nikt nie tłumaczy jednak dlaczego. Głośne głosy mówiące, że nasze problemy gospodarcze to kres liberalizmu wynikają chyba tylko z frustracji części profesorów o lewicowych poglądach, którzy musieli przeżyć tak moralny jak i ekonomiczny upadek socjalizmu i komunizmu. Przypisanie bieżących problemów liberalizmowi to próba odbicia sobie dekad upadku ich poglądów i wołanie o stworzenie gospodarki w ich mniemaniu moralnie lepszej. Lepszej bo wymuszającej na ludziach więcej altruizmu.

Niesłuszne interpretacje ekonomicznych wydarzeń nie ograniczają się tylko do wydarzeń nam odległych. Polskie bezrobocie, niskie płace i powszechność zatrudnienia na umowy inne niż umowa o pracę też podobno są wynikiem liberalizmu. Mnie się jednak wydaje, że raczej wynikają one z wysokich pozapłacowych kosztów pracy. A skąd one się biorą? Czyżby z nieodpowiedzialnego systemu emerytalnego i wiecznych deficytów? Te zaś się biorą z politycznego rozdawnictwa i próbom dogodzenia różnym grupom. Wszystko to bardzo nieliberalne. Jednak zrzucanie winy na nieempatycznych liberałów jest powszechne – tylko co my liberałowie mamy z tym wspólnego?

19.04.2012
czwartek

Kto kontroluje kontrolującego

19 kwietnia 2012, czwartek,

Poziom obsługi klienta polskiej administracji poprawił się dramatycznie na przestrzeni ostatnich dekad. Odziedziczone z PRL podejście do petenta jako do intruza zostało znacząco złagodzone. Gdzieniegdzie można jeszcze trafić na relikty, ale odwieczna władza pieczątki jest powoli acz systematycznie przełamywana. W najlepszych urzędach – zwłaszcza samorządowych – pojawiają się procedury, które pozwalają załatwiać sprawy szybko i w miarę bezboleśnie. Inne zmiany wymuszają przepisy, które wymagają mniej pieczęci. W tym tempie za następnych 10 lat być może dogonimy w tym zakresie cywilizowany świat. To jest pod warunkiem, że nasza administracja podda się w końcu komputeryzacji. Banalny programik kosztujący kilka tysięcy mógłby od ręki załatwić sprawę protestów pieczątkowych lekarzy na przełomie roku. Dlaczego nikt o tym nie pomyślał pozostaje nieodgadnioną tajemnicą. Ciągłe opóźnienia we wprowadzeniu dowodu osobistego z podpisem elektronicznym są kolejnymi niezrozumiałymi ruchami rządzących. Być może sprzeciwia mu się lobby urzędnicze gdyż komputeryzacja musi prowadzić do ograniczenia zatrudnienia (a w każdym razie powinna jeśli biurokracja przejmowałaby się racjonalnymi przesłankami).

Pozytywne zmiany wydają się jednak nie dotyczyć służb kontroli skarbowej. Niestety tu mentalność jest niezmienna i polega na zasadzie „dajcie mi winnego ja znajdę paragraf”. Innymi słowy służby skarbowe nie zajmują się tropieniem przestępstw i szarej strefy, ale raczej przesiewowym badaniem firm i doszukiwaniu się wszelkich nieprawidłowości. Kończy się to tym, że starający się uczciwie działać przedsiębiorca dostaje karę za uznanie z koszt uzyskania przychodu cytryny do herbaty, zaś osoby działające nielegalnie nie są kontrolowane w ogóle bo nie są zgłoszone a ich szukaniem nie zajmuje się nikt. Szczytami absurdu są już ostatnie akcje liczenia samochodów na parkingach firmowych by wykryć korzystanie z samochodów do celów prywatnych. Aparat wyłapuje mrówki, a tymczasem słonie przechodzą mimo. W cywilizowanych krajach wykryte drobne nieprawidłowości zostają napiętnowane upomnieniem i wskazaniem prawidłowego działania. U nas mandatem.

Problemem jest niewątpliwie system kulawych zachęt. Niejasne prawo powoduje sytuację, że na każdego znajdzie się paragraf. Działając przesiewowo niemal zawsze znajdziemy uchybienia i dużym wolumenem małych mandatów urzędnicy zapewniają wpływy do budżetu, a pośrednio sobie pieniądze w formie premii. Do tego odpowiedzialność jest znikoma: przedsiębiorca ma ważniejsze sprawy na głowie niż awanturować się o niewielkie mandaty, a gdyby nawet to zrobił i wywalczył swoje to urzędnika to w żaden sposób nie dotknie. Ustawa o odpowiedzialności urzędniczej działa tylko w przypadkach „rażącego naruszenia prawa” czyli niezwykle rzadko. Zatem dla urzędnika takie podejście to same korzyści i zero odpowiedzialności. Szukanie zaś prawdziwych afer wymaga wiedzy, pomysłu i może wiązać się z niebezpieczeństwem politycznym a nawet osobistym. I nagle okazuje się, że afery odkrywają dziennikarze a nie przeznaczone do tego służby.

Jeszcze gorzej jest kiedy urzędnicy sięgają po większe kwoty mogące unicestwić firmę w majestacie prawa. Nawet jeśli po czasie okaże się, że urzędnik działał niezgodnie z prawem firma zapewne już dawno nie istnieje lub poważnie podupadła. Niech za przykłady posłużą tu firmy JTT czy Optimus. Odpowiedzialnych oczywiście brak. Ostatnio słychać też było o pozytywnej dla przedsiębiorców abolicji w zakresie zaległych składek ZUS. Niewiele mediów podało całość tej historii. Dawno temu ZUS zachęcał przedsiębiorców (na piśmie) do korzystnego dla nich rozwiązania. Kilka lat później ten sam ZUS doszedł do wniosku, że było ono nieprawidłowe i zaczął przedsiębiorców ścigać. Zaległe składki z odsetkami to nawet kilkadziesiąt tysięcy – dość by rozłożyć każda małą firmę. A wszystko dla tego, że urząd nagle zmienił zdanie. Te przypadki mają podlegać abolicji dzięki m.in. działaniom ZPP, które na podstawie dokumentów udowodniło hipokryzję urzędników.

Ale nawet jeśli problem leży po stronie przedsiębiorcy, ale nie wynika z jego złej woli może warto popatrzeć na sprawę po ludzku. Wpuszczenie do firmy komornika najczęściej będzie oznaczało jej koniec i bezrobocie dla jej pracowników. Jeśli nieprawidłowości nie wynikały ze złej woli i nie naraziły na uszczerbek skarbu państwa, albo zaległości podatkowe wynikały z trudnej sytuacji finansowej, która rokuje poprawę i spłatę w przyszłości może warto dać firmie szansę? Dlaczego przedsiębiorca ma być gorszy od kopalń i hut, które dekadami zalegały z płatnościami, a nikt ich nie zamykał? Jednak dla urzędnika ważniejszy jest skutek prawny niż ekonomiczny. Trudno się jednak dziwić – z tego ś przecież rozliczani.

Nasze służby mające kontrolować przedsiębiorców wymagają drastycznej reformy. Jej pierwszym i podstawowym krokiem musi być zmiana prawa. Proste i oczywiste przepisy to łatwa kontrola, oraz mniej możliwości nadużyć i pomyłek. Jeśli kontrole będą zajmowały kilka minut i będą się mogły odbywać on-line nie będzie trzeba do nich angażować tylu ludzi. Tym samym będzie można ograniczyć koszty lub skierować ludzi do ścigania przestępczości gospodarczej. By jednak takie zmiany wprowadzić trzeba olbrzymiej politycznej woli i chęci wzięcia na siebie odpowiedzialności. Tego niestety nie widać po żadnej ze stron dyskursu politycznego. Widać za to pęczniejącą biurokrację.

11.04.2012
środa

Odpowiedzialność

11 kwietnia 2012, środa,

Jednym z największych problemów naszej gospodarki i źródłem kryzysów jest upadek przedsiębiorczości, drugim upadek polityki. W obu przypadkach powód jest ten sam: zniszczenie odpowiedzialności za własne czyny. Powody dla, którego polityka stała się marketingowym spektaklem i nie ma wiele wspólnego ze służbą publiczną są przyczynkami do innej dyskusji. Tutaj chciałbym zająć się strukturalnym kryzysem gospodarczym, którego przyczyną jest schyłek kapitalizmu w formie przedsiębiorczości.

Mała czy nawet średnia firma jest dla każdego człowieka obiektem dość zrozumiałym. Nawet jeśli łatwo jest nienawidzić krwiopijczego wyzyskiwacza kapitalisty to jednak dużo trudniej żywić takie uczucia do pani Zosi prowadzącej kiosk ruchu, czy pana Ziutka, który prowadzi lokalna piekarnię. Negatywne uczucia słabo przekładają się z klas na jednostki. Szczególnie jeśli widzimy, że nieco wyższy poziom zamożności powiązany jest z ciężka pracą, pomysłowością i podejmowaniem ryzyka.

Kluczem jest właśnie to ostatnie słowo – ryzyko. Kapitalista ryzykuje swoim majątkiem i za podejmowane decyzje przychodzi mu płacić. Z drugiej strony ma moralne prawo by podejmować decyzje niestandardowe, czy nawet (czasem pozornie) ekonomicznie niekorzystne – bo rozporządza własnym majątkiem. Tylko Henry Ford mógł podjąć decyzję o płaceniu robotnikom aż dolara dziennie mimo, że stawki rynkowe były dużo niższe.

Porównajmy to z dominującym obecnie modelem korporacji. Najczęściej własność jest bardzo rozproszona lub upolityczniona. Znaczy to, że zarządzaniem zajmują się wynajęci specjaliści, którzy podejmują decyzje nie na swój rachunek ryzykując cudzym kapitałem. Są rozliczani wyłącznie z wyników i tylko nimi się przejmują. Rozproszony akcjonariat zazwyczaj nie ma zbyt wiele do powiedzenia, a zarząd skutecznie przejmuje wszelkie metody nadzoru poprzez obsadzanie rady nadzorczej swoimi kolegami, przekupywaniem audytorów etc. Próby powiązania wynagrodzeń zarządów z wynikami firmy zasadniczo kończą się niepowodzeniem bo miary sukcesu są albo łatwe do zmanipulowania za pomocą kreatywnej księgowości, albo zbyt krótkoterminowe. Jednoczesny brak partycypacji w stratach powoduje nadmierną skłonność do podejmowania ryzyka bo sukces oznacza dużą premię a porażka co najwyżej zmianę pracy. To właśnie zupełna nonszalancja wobec ryzyka zarządów banków obok błędnej polityki pieniężnej była główną przyczyną kryzysu finansowego.

Jednocześnie korporacje posiadają dużą ilość kapitału, a co za tym idzie ekonomiczną siłę przetargową pozwalającą wymuszać na rządach rozwiązania korzystne dla nich czego skrajnym przykładem jest zawieszenie części obowiązującego w Polsce prawa na czas Euro 2012 by FIFA mogła zarobić jak najwięcej. Ale to nie tylko Polski problem. Gigantyczny program wykupu zbankrutowanych banków za pieniądze podatników w USA pokazuje, że nie ma państw wystarczająco silnych i zdeterminowanych by się korporacjom przeciwstawić. Tymczasem powstaje kuriozalna sytuacja gdzie zyski przejmują zarządy, a stratami obdziela się społeczeństwo. Jednocześnie korporacje bardzo sprawnie poruszają się w zglobalizowanym świecie tworząc takie warunki by samemu płacić jak najmniej w formie podatków. Lokalizacje fabryk zmieniają się jak tylko wygasną preferencje podatkowe, za które zapłacili lokalni przedsiębiorcy.

Tak właśnie ludzi tworzących miejsca pracy tutaj, płacący podatki tutaj, często scalający lokalne społeczności dając pracę swoim sąsiadom są zmuszeni do opłacania przywilejów potężnej konkurencji, która na dłuższą metę niewiele przynosi gospodarce i społeczeństwu. Jednocześnie uprzykrza się nam życie przeróżnymi przeszkadzajkami biurokratycznymi i fiskalnymi, które dla wielkich są drobnostką, ale dla kilkuosobowej firmy gąszczem nie do przebycia.

Jedynym rozwiązaniem wydaje się być przywrócenie odpowiedzialności za działania korporacji. Potrzebni są odpowiedzialni właściciele mający dużo do stracenia jeśli firma zawiedzie. Tylko w takim przypadku możemy się spodziewać długookresowego planowania i wzrostu oraz poczucia odpowiedzialności nie tylko za zysk, ale także za społeczeństwo. W obecnym systemie takie podejście nie jest ani możliwe, ani nawet moralne.

4.04.2012
środa

Dość tej pomocy

4 kwietnia 2012, środa,

Ideą polityków jest działanie. Sukcesem jest coś „wprowadzić”, „zaproponować”, „uszczelnić” i przede wszystkim „DAĆ”. Bezczynność jest dla polityka nie do przyjęcia bo źle się prezentuje na statystykach. Dlatego niestety politycy przyjmują też „aktywne” metody wsparcia przedsiębiorczości. Jak zwykle lekarstwo jest chyba gorsze od choroby.

Pomoc publiczna to chyba najbardziej podstawowy przykład. Państwo dotuje nieefektywne molochy by utrzymać je przy życiu. Efektem jest co raz większa nieefektywność i coraz więcej potrzebnych pieniędzy. Efektem stają się czarne dziury pochłaniające każdą ilość gotówki prezentujące sobą kuriozalny widok organizacyjny. Kilka takich firm widziałem od wewnątrz i przedstawiają one widok bardziej absurdalny niż film Barei. Ale za to zwykle mają silne reprezentacje związkowe gotowe z kilofami i innymi narzędziami pracy przejechać się do stolicy i zrobić zadymę. Na szczęście UE limituje tego typu pomoc, a najbardziej drażliwy problem górniczy udało się rozbroić za pomocą wysokich odpraw. Tym niemniej w 2010 wydano na pomoc publiczną 24 miliardy złotych. Pieniędzy wypracowanych przez firmy działające efektywnie, których nie można było przeznaczyć na rozwój i budowę miejsc pracy bo ważniejsze był ich transfer to firm i tak skazanych na upadek.

Kolejny nieprzyjemny przykład „pomocy przedsiębiorcom” są tzw. specjalne strefy ekonomiczne. Służą one głównie do ściągania do kraju dużych inwestycji zagranicznych. Wieloletnie zwolnienia podatkowe doprowadzają do sytuacji, w której lokalni polscy przedsiębiorcy nie są wstanie konkurować ze sprowadzonym inwestorem. Obszar wokół takiej strefy często staje się pustynią przedsiębiorczości, a ubytki w kasie rządowej i samorządowej uzupełnia się z podatków przedsiębiorców, którzy na te przywileje się nie załapali. Za to kilka lat później kiedy przywileje wygasają inwestorzy Przenosza fabrykę w miejsce gdzie mogą uzyskać jeszcze więcej lub po prostu zakładają nową firmę, której przywileje liczą się od nowa. Lokalny przedsiębiorca ma zatem na głowie nieuczciwą konkurencję sprowadzoną za jego własne pieniądze. Trudno o coś dalszego od wspierania polskiej przedsiębiorczości.

Apogeum nieporozumienia są chyba dotacje z UE. Proszę nie zrozumieć mnie źle – dotacje infrastrukturalne uważam za bardzo pożyteczne i kierunkujące nasza nieporadną politykę w tym zakresie. Przykładem niech będzie decyzja KE o tym, że przeniesienie funduszy z kolei na drogi nie może się odbyć. Jednak dotacje dla firm to jednak w mojej ocenie zjawisko szkodliwe. Okazało się, że najlepszym pomysłem na ostatnie kilka lat nie było wymyślanie i prowadzenie sprawnego biznesu tylko staranie się o dotacje. Osobiście znam przypadek gdzie firma dostała 50% dotacji na budowę potężnej infrastruktury, którą później (po 5 latach) sprzedała innej firmie należącej do tych samych właścicieli, na którą ta druga firma dostała 70% dotacji. W sumie właściciele wzbogacili się o olbrzymi park produkcyjny plus 20% gotówki. Firma zaś sama z siebie działa nie najlepiej, ale w sumie nie musi bo pieniądze dla właścicieli pochodzą z dotacji a nie z zarabiania. I znowu przedsiębiorcy skupiający się na prowadzeniu biznesu (bo przecież dotacje też pochodzą z naszych podatków) zrzucają się na pieniądze, które pobiera konkurencja. A ilość tych pieniędzy jest tak olbrzymia, że wyrosły na nich całe nowe przemysły: przemysł pisania wniosków, przemysł przeprowadzania szkoleń (zwykle bezwartościowych, przemysł wsparcia w rozliczaniu dotacji. Nie mówiąc już o takich kuriozach jak na przykład ten program kierowany również do małych firm gdzie minimalna wielkość wniosku to 8 milionów PLN.

Moja prośba jako przedsiębiorcy – władzo bardzo proszę przestań nam aktywnie pomagać, a pieniądze z aktywnej pomocy zostaw w firmach, albo chociaż wydaj na coś bardziej pożytecznego. Twoje działanie powoduje upadek firm, które mogłyby przetrwać płacąc podatki i tworząc miejsca pracy jednocześnie uwłaszczając tych którzy lepiej orientują się w biurokratycznych meandrach dotacji i konszachtów z Tobą. Dużo lepiej pomagać nam PASYWNIE poprzez nieprzeszkadzanie i likwidację barier. Z resztą damy sobie sami radę.

28.03.2012
środa

Jutra nie ma

28 marca 2012, środa,

Ludzki brak zdolności przewidywania jest zadziwiający. Dziś kilka słów o tym na jak wielu poziomach krąży nasza niewiedza i jakie są tego skutki. Za przykład niech posłuży nam gorąca ostatnio kwestia emerytur.

Ludzie najczęściej stosują prognozę naiwną – zakładają, że jutro będzie takie samo jak dzisiaj. Nie znaczy to, że czynią źle – prognoza naiwna jest często bardzo sensownym podejściem bo nie wymaga zbyt wiele wysiłku, a często daje wyniki porównywalne ze skomplikowanymi modelami. Sprawdza się ona jednak tylko na bardzo krótko w przód – łatwo założyć, że jutro pogoda będzie podobna do dzisiejszej, ale to samo stwierdzenie na przestrzeni pół roku będzie bezsensowne. Tym bardziej nie ma ona sensu w horyzoncie 10 czy 30 lat.

Nie przeszkadza to jednak wielu ludziom traktować swojej emerytury w takim właśnie kontekście. Skoro dziś mamy taki a nie inny wiek emerytalny czy poziom zastąpienia to należy się spodziewać takich samych warunków za lat 20. Wszelkie próby zmiany tych parametrów stanowią w ocenie ludzi zamach na ich własność. Stąd wielki opór w stosunku do propozycji reformy.

Eksperci starają się (dużo za późno) tłumaczyć przyczyny i skutki tej reformy używając demograficznych argumentów – wygląda na to, że odnotowują pewien sukces w zakresie zmiany postrzegania problemu . Jednak przedstawiane przez rząd symulacje wykazują się nie mniejszą naiwnością niż postrzeganie społeczeństwa. Założenia dotyczące przyszłego wzrostu gospodarczego, poziomu płac i wynagrodzeń w tak długiej perspektywie możemy włożyć między bajki. Podmieniając w dzisiejszych realiach tylko prognozy dotyczące demografii jest równie niedorzeczne jak zakładanie, że nic się nie zmieni. Tu grzech jest jednak znacznie większy bo scenariusze te piszą specjaliści, którzy powinni sobie zdawać sprawę, że w świecie zmienia się nie tylko demografia.

Gospodarka jaką znamy zaniknie na przestrzeni następnych 20-30 lat wraz z wyczerpaniem zasobów ropy naftowej. O ile nie wynajdziemy alternatywy (na co się nie zapowiada) czekają nas gigantyczne zmiany. Zasadniczo możemy spodziewać się deglobalizacji wraz z rosnącymi kosztami transportu, ponownej industrializacji państw, drastycznego spadku bezrobocia, ale także spadku poziomu życia. Kwestią zasadniczą przestanie być wymiar urlopu czy płaca minimalna, a zacznie być zapewnienie sobie wyżywienia i ogrzania mieszkania. Kwestia państwowej emerytury zupełnie zniknie z ludzkiej świadomości bo właśnie takie efemeryczne zobowiązania państwa zostaną odrzucone jako pierwsze.

Ta prosta prognoza nie bierze w ogóle pod uwagę czarnych łabędzi – czyli bardzo mało prawdopodobnych zjawisk, które mogą mieć miejsce. Mogą to być katastrofy natury kosmicznej, cudowne wynalazki, pandemie, wojny, ataki terrorystyczne i inne podobne wydarzenia. Pomimo niskiego prawdopodobieństwa na przestrzeni następnych 30 lat zdarzy się ich co najmniej kilka – prawa statystyki są nieuchronne, jednak są one niemożliwe do prognozowania.

Cóż więc jest warta rządowa symulacja stanu gospodarki w 2050? Co jest warte ludzkie przekonanie, że to co jest dziś będzie trwało? Nic. I chyba dotarło to przynajmniej do niektórych polityków, którzy zauważyli, że w kwestiach emerytalnych najlepszą inwestycją jest potomstwo.

21.03.2012
środa

ZUS przedsiębiorców

21 marca 2012, środa,

Zapaść naszego systemu emerytalnego jest faktem. Jeszcze tego nie odczuwamy, ale katastrofa jest nieunikniona ze względu na już istniejącą strukturę wiekową. Zwiększanie dzietności dzisiaj (nawet jeśli jakimś cudem udałoby się ją osiągnąć) nic już w tej kwestii nie zmieni bo jest już po prostu za późno. Świadomość tego faktu w końcu dotarła do polityków. Słowa Balcerowicza, odsądzanego przez rządzących od czci i wiary jeszcze rok temu, są przez dziś te same osoby powtarzane. Rozmontowanie OFE nic nie pomoże, konieczne jest podniesienie wieku emerytalnego. To wszystko jednak mało, bo późniejsze przechodzenie na emeryturę pomoże za dekadę lub dwie, a system cieknie już dzisiaj. 80 miliardów dopłaty rocznie trzeba sfinansować co roku od dziś.

Oczywista jest zatem próba bilansowania budżetu poprzez ściąganie większej ilości pieniędzy. Potencjalnych źródeł – poza podwyższaniem składki można szukać w obcinaniu przywilejów. Grupy wyłamujące się z obecnego systemu to przede wszystkim: rolnicy, służby mundurowe, prokuratorzy, sędziowie, księża oraz przedsiębiorcy. Różnice pomiędzy przedsiębiorcami a resztą jest jednak dwojakiego rodzaju:

- po pierwsze grupy wymienione na początku korzystają z przywileju w formie wcześniejszych emerytur, wysokich uposażeń, przedsiębiorcy za to za pomocą podatku w wysokości 700 złotych wypisali się z istniejącego systemu. Przy „składkach” w tej wysokości żadnej emerytury nie będzie. Dzięki temu wiemy jak bardzo niekorzystny jest cały system emerytalny dla jego uczestników skoro opłaca się płacić co miesiąc niemałą kwotę by tylko z niego się wypisać. (Pamiętajmy, że gdyby system był wiarygodny to przedsiębiorcy mogą płacić więcej. Ja jednak takich nie znam)

-po drugie przedsiębiorcy są stosunkowo najsłabiej zorganizowaną grupą, zaś pogorszenie ich sytuacji może de facto spowodować wzrost popularności polityków. Wynika to z powszechnym w Polsce obrazie przedsiębiorcy – oszusta, aferzysty i krwiopijcy.

Powstała zatem idea by jednak przedsiębiorców do systemu ogólnego włączyć i wyliczać składkę od ich dochodu. Wywołało to protest przedsiębiorców – bo składkę trzeba będzie zapłacić, a w emerytury z ZUS już i tak dawno nikt nie wierzy. Rozwiązanie takie mogłoby mieć jednak pewien sens jednak pod pewnymi warunkami:

1. Brak dochodu oznacza brak składek – dziś niezależnie od sytuacji w firmie 700 PLN należy uiścić. Jeśli uzależniamy składkę od dochodu to zróbmy to w pełni. Mogłoby to pomóc przedsiębiorcom, którym okresowo źle się dzieje. Konieczna byłaby także możliwość przenoszenia straty pomiędzy miesiącami.

2. Dochód przedsiębiorcy i wynagrodzenie pracownika, od którego liczone są składki to dwie różne rzeczy i to przynajmniej z 2 powodów

- po pierwsze przedsiębiorca może wykazywać dochód, ale nie mieć ani grosza i będzie musiał zapłacić składkę (kredyt? bankructwo?), a pracownik w najgorszym przypadku nie dostanie wypłaty, ale też nie będzie musiał nic dołożyć z własnej kieszeni. Niepłacący kontrahenci są dużym obciążeniem, ale w takiej sytuacji konieczność zapłaty gigantyczna składki ZUS dobije każdą niewielką firmę.

-po drugie pracownik całość dochodu przeznacza na własne potrzeby, przedsiębiorca musi go podzielić między swoje wydatki a dalsze inwestycje w firmę. Wyobraźmy sobie, że przedsiębiorca ma dochód w wysokości 10 000, ale chce jak najwięcej inwestować w firmę. Musi tylko pobrać kwotę niezbędną do życia – powiedzmy 2000. Dziś rachunki wyglądają tak: do zainwestowania pozostaje 10 000 – 700 (ZUS) – 1 750(PIT) – 2 000(na życie) = 5550. Po zmianie obliczenia wyglądają inaczej 10 000 – 3150 (ZUS) – 1300(PIT) – 2000(na życie) = 3550 czyli na inwestycje pozostaje znacząco mniej. Policzenie składki ZUS od dochodu przedsiębiorców doprowadzi do trwałego obniżenia dynamiki rozwoju naszej gospodarki

Zatem by ta propozycja miała sens to należałoby obliczać składki od kwoty zbliżonej do tego co otrzymuje pracownik – czyli tego co przedsiębiorca pobiera faktycznie na własne potrzeby. Jeśli nie pobiera nic to nic nie płaci, ale nadal jest ubezpieczony. Myślę, że to propozycja jaką przedsiębiorcy mogliby zaakceptować.

Pozostaje rozpatrzyć jeszcze jeden fakt: zasadniczo prawie niemożliwe jest stwierdzenie jakie kwoty przedsiębiorca pobiera na własne potrzeby. Możliwości manipulacji są tu olbrzymie – zacznie się zatem typowo polska zabawa w kotka i myszkę. Urzędnicy i politycy będą się starali system uszczelniać, przedsiębiorcy zaś przepisy obchodzić (patrz auto z kratką). Spowoduje to sporo zamieszania i gigantyczne koszty administracyjne. Per saldo budżet z dużym prawdopodobieństwem na takim rozwiązaniu straci. Więc może lepiej zostać przy rozwiązaniu prostym, którego kontrola jest banalna, a unikniecie płacenia niemal niemożliwe?

16.03.2012
piątek

Prawa nabyte

16 marca 2012, piątek,

Są tematy rozbudzające namiętności choć wcale nie są takie istotne. Są też tematy, o których cichutko, ale są za to niezwykle istotne. Dziś o kwestii z tej drugiej grupy – mowa o prawach nabytych. W państwie prawa zasadą jest, że jeśli ktoś jakieś prawo posiada to nie można mu go odebrać, chyba że następują specjalne okoliczności. Jest to jedna z podstawowych zasad chroniąca nas przed tyranią i uznaniowością władzy. Jest też druga, ciemniejsza strona tego medalu.

Pierwszy z cieni to fakt, że nadane prawo może z czasem sprawić znaczne problemy, a nieskłonny do współpracy jego właściciel być jak drzazga pod paznokciem. Tu oczywiście można przytoczyć serię przykładów kiedy jeden uparty właściciel ziemski latami może blokować budowę drogi, lotniska, wyciągu czy innego obiektu ogólnie bardzo pożytecznego. Racjonalnym rozwiązaniem mógłby być wykup tego prawa, ale tu nietrudno napotkać nieracjonalną postawę właściciela. Czasem sprawę da się załatwić po prostu omijając delikwenta lub budując rondo wokół jego budynku. Innym rozwiązaniem jest prawo wywłaszczeniowe pozwalające prawa nabyte jednak odebrać. Dzięki niemu mamy autostrady, ale także wyłom w zabezpieczeniu nas przed państwem. Jak na razie autostrady są istotniejsze tym niemniej tej branży prawa warto przyglądać się ze szczególną ostrożnością.

Innym problemem jest fakt, że władza nie może zbyt łatwo uznaniowo praw nabytych odebrać, ale może równie uznaniowo je nadawać. Agent Tomek, prokurator Przybył na pokaźnych emeryturach to tylko czubek góry lodowej. Wszelkie przywileje emerytalne, zwolnienia podatkowe etc. To spore obciążenie dla naszych kieszeni sprzedane niegdyś jako kiełbasa wyborcza. Abstrahując od tego jak niesprawiedliwe to jest spytajmy co się stanie jeśli wydarzy się ekstremalne. Co będzie jeśli ludzie będą mieli prawa, ale nie będzie możliwości tych praw realizować? Oczywiście każdy sąd nakaże wypełnić wszelkie przywileje. Tylko co z tego jeśli nie ma z czego?

Wbrew pozorom nie jest to sytuacja rzadka. Na bieżąco możemy obserwować przykład Grecji. Aby uświadomić jak to wyglądało w naszym kraju wymieńmy tylko kilka dużych przypadków odebrania praw:
- 1948 – reforma rolna i odebranie własności ziemi włościanom
- 1991 – Polska bankrutuje w zakresie zadłużenia zagranicznego (redukcja 50% podobna do Greckiej)
- 1939-2012 – odmowa wykupu obligacji II RP

Prawa nabyte są chronione w państwie prawa. Rewolucje, wojny, autorytarne rządy tę ochronę często znoszą. Pozostaje pytanie o możliwość dochodzenia swoich praw kiedy już cywilizowane warunki wrócą do kraju. Mieliśmy dyskusję o majątkach Polaków wyznania mojżeszowego pozostawionych podczas drugiej wojny światowej, istnieje w tle dyskusja o przedwojennych obligacjach, co jakiś czas pojawia się kolejne oświadczenie Centrum Wypędzonych dotyczących majątków w zachodniej Polsce, a także świeższe przypadki ludzi wyproszonych z kraju w latach 70tych (choćby słynna sprawa w Nartach). Patrząc logicznie wszystkich tych ludzi można i trzeba zrozumieć. Kiedyś coś posiadali, ale im to bezprawnie zabrano. Poczucie krzywdy musi być duże. Z drugiej strony musi gdzieś być punkt przedawnienia (odpowiednik zasiedzenia) kiedy to rekompensata powinna mieć wymiar bardziej symboliczny niż realny. Trudno sobie bowiem dziś wyobrazić zwrot Indianom należnej im ziemi odebranej przez osadników w USA. Zresztą regres do nieskończoności doprowadziłby do oddania całości Europy w ręce Basków, najprawdopodobniej ostatnich potomków ludów, którzy przybyli tu przed indoeuropejczykami. Czasem respektowanie praw nabytych doprowadziłoby do zniszczenia ładu społecznego.

Są to kwestie domagające się bardzo pilnej odpowiedzi. Czekające nas zmiany demograficzne doprowadzą do sytuacji kiedy prawa nabyte jeśli miałyby być respektowane doprowadzą do zniszczenia społeczeństwa jakie znamy. Utrzymanie świadczeń emerytalnych doprowadziłoby obciążenia pracujących składkami przekraczającymi dochody. To oczywiście doprowadziłoby do przejścia gospodarki w całości w szarą strefę i załamania struktur państwowych. Jak zatem w sposób zorganizowany praw nabytych pozbawiać, tak jednak by nie doprowadzić do dyktatury? Oto zasadnicze pytanie na najbliższe lata.

11.03.2012
niedziela

U podstaw bezrobocia

11 marca 2012, niedziela,

Głównym spostrzeżeniem z pierwszych tygodni prowadzenia tego bloga jest to, że największe emocje budzą kwestie stosunku pomiędzy pracodawcami i pracownikami. Wszystko co dotyczy prawa pracy wynagrodzeń i bezrobocia budzi natychmiastowe emocje – prowadzące często do dość niewybrednych wymian zdań. Warto więc cofnąć się do podstaw by określić co w stanowiskach lewicowych i przedsiębiorców da się jeszcze uzgodnić. Spróbuję więc wypunktować zupełne podstawowe stwierdzenia – ciekawe, czy choć tu uda się osiągnąć zgodność.

1. Na dłuższą metę nie można płacić pracownikowi (brutto + pozostałe koszty) więcej niż ten pracownik wypracowuje dla firmy

Wydaje się, że tak oczywiste stwierdzenie wcale nie jest takie oczywiste. Ostatnia wypowiedź Lecha Wałęsy sugeruje, że etat ma mieć każdy niezależnie od przydatności. Niejasne są wypowiedzi dotyczące płacy minimalnej czy tzw. płacy „godnej” bo można je interpretować na dwa sposoby: albo każdy ma tyle zarabiać niezależnie od tego co wypracowuje, albo oznacza to tyle, że najsłabiej wykwalifikowani mają niepracować by zapewnić świat gdzie każdy pracujący zarabia godnie. To pierwsze jest nielogiczne, to drugie niehumanitarne więc nie widziałem jasnej deklaracji działaczy lewicowych, którą z tych opcji mają na myśli. Chętnie posłucham bo w pierwszym przypadku zapytam o źródła finansowania, w drugim zaś o wrażliwość na biedę.

2. Jeśli przedsiębiorca jest w stanie zatrudnić osobę, która przyniesie firmie więcej niż sama kosztuje to zatrudni takich osób tak dużo jak to możliwe.

Logicznym jest, że w interesie przedsiębiorcy jest zwiększanie produktywnego zatrudnienia. Wysokie bezrobocie może być korzystne dla przedsiębiorcy przy negocjacjach płacowych, ale niemożliwe jest utrzymywanie przez przedsiębiorców sztucznie wysokiego bezrobocia. Taka umowa nie miałaby szans bo każdemu opłacałoby się oszukiwać i zatrudniać mimo to. Wysokie bezrobocie nie jest wynikiem spisku przedsiębiorców – przyczyn trzeba szukać gdzie indziej.

3. W obecnych warunkach do podziału między pracownika i pracodawcę nie zostaje wiele.

Zróbmy krótką symulację. Przypuśćmy zatem, że jako przedsiębiorca mogę zorganizować pracę przynoszącą co miesiąc 5000 złotych. Tą kwotę musimy podzielić na 3 części: wynagrodzenie pracownika, podatki i coś dla pracodawcy. Przypuśćmy, że w firmie zostaje 1500 złotych – biorąc pod uwagę podatki i koszty poboczne pracy (może to być telefon, laptop, benzyna i koszty samochodu, koszty biurokracji związanej z wyliczanie płac, urlopy i L4) oznacza to, że jako zysk pozostaje co najwyżej połowa tego czyli 750 PLN – myślę, że to bardzo skromne wymaganie za organizację i podejmowanie całości ryzyka. Dla pracownika pozostaje 3500 – po odliczeniu wszystkich podatków daje to netto pracownikowi poniżej 2100 PLN. Jak zauważyło wielu komentatorów to często nie wystarcza na pokrycie kosztów życia w większym mieście, o obsłudze kredytu, wychowaniu dzieci etc nie wspominając.
W tej sytuacji całkiem pokaźna kwota 5000 złotych miesięcznie nie zostanie zarobiona, a człowiek nie znajdzie pracy. Jeśli doliczymy do równania ryzyko, które jest wszechobecne w naszym życiu nawet 2100 złotych dla pracownika nie jest realistyczne. Licząc od drugiej strony – aby zatrudnić pracownika z wynagrodzeniem na poziomie płacy minimalnej 1500 PLN musi on przynieść do firmy ponad 3000 złotych tylko po to zarobić na siebie. Takich niewykorzystanych okazji jest mnóstwo – skutkując bezrobociem – szczególnie wśród tych, którzy z rożnych przyczyn nie potrafią wypracować więcej niż 3000 złotych, czyli przede wszystkim wśród najgorzej wykształconych, najniżej wykwalifikowanych , młodych bez doświadczenia.

4. Alternatywne metody zatrudnienia pozwalają na zatrudnienie osób, które inaczej pracy by nie znalazły

Biorąc pod uwagę nasz poprzedni przykład gdyby można było pominąć inne obciążenia to 5000 można by podzielić np. 2000 dla pracodawcy, 3000 dla pracownika. Wszyscy (poza Skarbem Państwa) byliby bardziej zadowoleni – stąd popularność szarej strefy. Oczywiście ma to inne bardzo niekorzystne konsekwencje, ale nawet częściowe ograniczenie obciążeń spowoduje, że osoby, które w inny sposób zatrudnienia by nie znalazły będą miały pracę. Ich likwidacja spowoduje ograniczenie zatrudnienia zwłaszcza dla najgorzej kwalifikowanych.

Ciekaw jestem czy te cztery punkty to kwestie, które są wspólnym poglądem dla wszystkich stron debaty czy nawet tu nie można osiągnąć porozumienia. Inną kwestią jest czy rozmowa jest jeszcze możliwa, czy też pozostał nam już tylko festiwal zawsze popularnych argumentów ad personam.